Wyprawa na Mont Blanc 2013

Opublikowano w Wyprawy Rok 2013


Pełna galeria zdjęć z Mont Blanc

 

 

 1.   Wprowadzenie.

2.    Plan wyjazdu.

3.    Dzień pierwszy. Wyjazd

4.    Dzień drugi.

5.    Dzień trzeci.

6.    Dzień czwarty.

7.    Dzień piąty. Dojście do Aig. du Midi

8.    Dzień szósty, atak szczytowy na Mont Blanc.

9.    Dzień siódmy

10.  Dzień ósmy.

 

  1. Na początku kilka słów wprowadzenia. 

Przede wszystkim dziękuję uczestnikom wyprawy, za wsparcie i świetne towarzystwo.

Przedstawiam wszystkich w kolejności alfabetycznej:)

Adam

Witek

 Andrzej

 ja czyli Robert a może odwrotnie:)

Jak co roku staram się zdobyć kolejny szczyt górski. Na ten rok miałem zaplanowane dwie duże wyprawy. Pierwsza na początku czerwca, wyprawa na Mont Blanc a drugi projekt „Szczytami gór, najwyżej , najszybciej z ziemi i powietrza”. Już teraz mogę powiedzieć, że oba projekty udało mi się zrealizować w 100 procentach:)

 Mont Blanc( 4810 m n.p.m) jak każdemu wiadomo to najwyższy szczyt Europy popularnie zwany Dachem Europy. W naszych wyprawach to ostatni znaczący szczyt w Europie, którego jeszcze nie zdobyliśmy, dlatego właśnie taki wybór. Jest to bardzo popularny szczyt i zdobywany w okresie letnim przez wielu miłośników gór. Często lekceważony a wystarczy wpisać w internecie hasło wypadki na Mont Blanc i wyświetli się długa lista takich zdarzeń. Właśnie podczas pisania sprawozdania z tej wyprawy 13 sierpnia zginęły dwie włoskie alpinistki po zejściu lawiny. Tydzień wcześniej zginęło dwóch francuzów, wpadając w szczelinę. 

Miałem już wątpliwą przyjemność chodzenia podczas złych warunków pogodowych na niższych szczytach (Grossglockner), konieczność zawrócenia z pod szczytu ze względu na nagłe załamanie pogody (Duforspitze) dlatego zawsze do każdego ze szczytów podchodzę z dużym respektem i szacunkiem. 

Bardzo ważną rzeczą jest zapoznanie się z topografią szczytu, zapoznanie się ze wszystkimi drogami prowadzącymi na szczyt, rozpoznanie miejsc ewentualnego awaryjnego nocowania. Oczywiście należy ze sobą zabrać niezbędny sprzęt o którym powiem więcej później.  Kiedyś przy piwku, gdy rozmawialiśmy o organizacji imprezy Szczytami gór, Michał powiedział fajne przysłowie „Im więcej potu na treningu, tym mniej krwi w walce” nie wiem czyj to cytat ale bardzo mi przypasował, tak dokładnie jest.

Wspomniałem, że  do gór podchodzę z ogromnym respektem jednocześnie nie lubię najprostszych rozwiązań, czyli wejścia na szczyt najłatwiejsza i najszybsza drogą. Z tego powodu wybraliśmy wejście na szczyt Mont Blanc północno-wschodnia granią od Col du Midi .Piękna droga (tzw. 3M) wiodąca przez śnieżne stoki Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit. Równie ważna sprawą jak wybór drogi na szczyt jest również termin wyjazdu. My wybraliśmy początek czerwca, to czas przed sezonem, więc jeszcze nie wielu turystów i bardzo dobre warunki śnieżne:).

 Oczywiście przed wejściem na Mont Blanc zaplanowaliśmy również krótką aklimatyzację polegającą na wejściu  na czterotysięczni Grand Paradiso.

 

2. Poniżej dokładny plan wyjazdu w trakcie realizacji dość mocno został zmieniony:)

 

Dzień  -1

14.06.2013 w zależności od pogody.

Radom -> Pont  1960m n.p.m. (Włochy)

Aklimatyzacja

Rano docieramy do Pont i po przepaku idziemy w okolice schroniska Emanuelle II (2-3h)

Rozbijamy namiot . Nocleg

Dzień -2

Schronisko Emanuelle II -> szyt Gran Paradiso  4061m n.p.m. (4-5h) -> zejście do Pont 

Przejazd do Chamonix i wjazd kolejką do Aig. Du Midi 3812m n.p.m.  48 euro (tam i z powrotem)

Zejście na pole namiotowe Valle Blanche 3550m n.p.m.

Nocleg 

Dzień -3

Poświęcamy kolejny dzień na aklimatyzację, odpoczynek, i przepiękne widoki z Aig. Du Midi,

a atakujemy następnego dnia tzn.  nocy.

Dzień -4

Atak ok. północy 

Valle Blanche (3550m n.p.m.) -> Mont Blanc du Tacul (4260m n.p.m) -> Mont Maudit (4465m n.p.m.)

-> Mont Blanc (4810m n.p.m.) -> Valle Blanche (3550m n.p.m.) – ok. 16 - 18h 

Nocleg

Trudny fragment stanowi podejście pod Mont Maudit odcinek ok 70° i długości ok. 50-70m pozostałą trasa trekking ale cały czas ponad 4000m, także bardzo wyczerpujący. 

Tak wyglądał wstępny plan naszego wyjazdu, tym razem mieliśmy kilka dni zapasu na wypadek złej pogody.

   Powrót do meni..

Wyprawa na Mont Blance.

 

Dzień pierwszy 07.06.2013.

 

Nasza grupa wyjazdowa liczyła w sumie 4 osoby. Andrzej ( Radom), Adam (Warszawa), Witek (Liski- Śląsk) i ja (Skarżysko- Kamienna). 

Jedziemy samochodem Adama, chłopaki czyli Adam i Andrzej podjechali po mnie, szybkie pakowanie i wyjazd o godz. 19.50.


Pakowanie przed wyjazdem

Naszym najbliższym celem jest miejscowość Liski ( 240 km), przewidywany czas przybycia 23.10, stamtąd mamy odebrać Witka i już w pełnym składzie kierujemy się do Pont. Za kierownicą zmieniamy się kolejno. Następnego dnia koło godz.12 w Szwajcarii  robimy sobie krótki odpoczynek na parkingu położonym nad jeziorem nad którym rozciągają się piękny widok na góry Montreux.


Odpoczynek w drodze do Pont

W nawigacji nie możemy znaleźć miejscowości Pont (Włochy), wybraliśmy  jakąś miejscowość w pobliżu.

 Powrót do meni..

Dzień drugi 08.06.2013.

 

Okazało się sporym problemem  znalezienie drogi dojazdu do Pont, pytaliśmy ludzi napotkanych po drodze, jednak nikt nie był wstanie nam pomóc. W końcu koło 15.50 udało nam się osiągnąć cel. 


Wioska Pont.

Duży parking bezpłatny, prawie pusty, zachmurzone niebo tak, więc powitanie nie specjalne:)
Plan na dziś to podejście pod schronisko Emanuelle, tam w okolicy rozbić namiot lub nocleg w schronisku.
Pakujemy się, zabieramy sprzęt i jedzenie na 2 dni i ruszamy. Pogoda zepsuła się zupełnie, zaczyna padać.
Ja, Adam i Witek zakładamy buty skorupy od razu, Andrzej rusza w adidasach a skorupy pakuje do plecaka.

 

W drodze do schroniska.

Idziemy w deszczu, po pół godziny przestaje padać i robi się przyjemnie. Jednak szczęście nie trwa długo, gdyż za chwilę ponownie zaczyna padać deszcz.


Parking w Pont.

Powyżej widać parking na którym zostawiliśmy nasz samochód, czerwony z kufrem na dachu. Czy widzisz go ?:)

Początkowo idziemy po kamieniach i krętych ścieżkach pnących się w górę. 


Widok na dolinę.

Idąć wyżej docieramy do granicy śniegu, opady deszczu zmieniają się w opady mokrego śniegu. Temperatura powietrza jest w okolicy zera, dlatego śnieg jest grząski. Na odcinkach trasy gdzie teren jest pod sporym nachyleniem, zapadamy sie po kolana. To pierwszy test dla moich nowych butów spisują sie fantastycznie. Normalnie idać w takich warunkach w  moich starych butach Asolo, miałbym przemoczone nogi, jednak tym razem mokry śnieg nie powoduje żadnego dyskomfortu. Mam suche skarpetki i to mnie bardzo cieszy:)


 W drodze do schroniska Emanuelle II

Brniemy w mokrym śniegu, wieje silny wiatr wraz z padającym śniegiem, w takich warunkach przemoczeni docieramy do schroniska Emanuelle. Przed schroniskiem zastanawiamy się czy rozbić namiot w pobliżu czy skorzystać ze schroniska. W środku pytamy się czy można rozbić sie gdzieś w pobliżu w odpowiedzi słyszymy, że to park więć oficjalnie nie można, jednak czasem ludzie rozbijają sie na własne ryzyko. Pogoda jest fatalna, wieje silny wiatr, pada mokry śnieg i mgła to wszystko pomaga nam w podjeciu decyzji, zostajemy w schronisku.

 

Witek przed wejściem do schroniska Emanuelle II

Prosimy o najtańsza opcję noclegu:) za 10 euro dostajemy salę wieloosobową na 3 pietrze. To w zasadzie poddasze, chodzi sie tam na wpółzgiętym, jest tam około 33 łózek. Jednak tej nocy całe pomieszczenie należy tylko do nas czterech:). Dla nas nocleg w takich miejscu to jak nocleg w pięciogwiazdowym holelu. Nie jesteśmy wymagający a mając w pamięci alternatywne rozwiązanie noclegu w namiocie, tym bardziej cieszymy się tym noclegiem. Rozkładamy kuchenki, jedzenie i robimy sobie ucztę. 
Spotkała nas jedna nieprzyjemna sprawa, zgineła nam łopata śnieżna. Witek kupił specjalnie taką łopatę na ten wyjazd i nawet nie zdąrzył jej ani razu użyć. Ktoś zabrał ją przez pomyłkę lub poprostu ją ukradł. W schroniskach zazwyczaj zosatwia się wszystko gdzie poprostu jest miejsce i nigdy nic nie ginie, powiem szczerze zaskoczyła mnie ta sytuacja. Bez łopaty nie ma szans wyiść w góry w takich warunkach. Dlatego wiedzielismy, że musimy zakupić jakąś łopatę i załatwić sobie rakiety śnieżne ze względu na dużą ilość świeżego śniegu.

 

Suszarnia w schronisku

W schronisku na parterze znajduję sie specjalne pomieszczenie do suszenia, tam właśnie rozkładamy nasze przemoczone ubrania przed piecykami. Pakujemy się wstępnie, jutro planujemy zdobycie szczytu czterotysięcznika Grant Paradisco ( jest to forma naszej aklimatyzacji), jednak pogoda panująca na zewnątrz nie nastraja nas pozytywnie. Kładziemy się spać koło 22 z nadzieją na lepsze jutro:). Pobudka dnia następnego planowana jest na 3,30.


Nasz pokój wieloosobowy na 3 piętrze w schronisku Emanuelle II.

Widok z naszego pokoju.

 Powrót do meni..

  Dzień trzeci 09.06.2013.

 


Trasa ze schroniska Emanuelle na szczyt Grant Paradis.

Mimo tak wielkiego wyboru miejsc do spania, było nas czterech a miejsc 33, ja pechowo wybrałem łózko pod oknem w dachu. W oknie zamiast szyby był chyba  jakiś plastik, co potęgowało odgłos padającego mokrego śniegu i burzy. Już w nocy wiedziałem, że nie wyjdziemy wcześnie rano, zastanawiałem się czy wogóle uda nam się wyjść w góry przy tak złych warunkach pogodowych. Wstaliśmy po 7 rano, zjedliśmy śniadanie i ustaliliśmy, że wychodzimy o 10 rano na rekonesans, gdyż raczej nie ma szans na zdobycie szczytu.  


Chwilowo pojawiające sie promienie słońca.

  Przed schroniskiem podczas wyjścia na rekonesans.

Wyszliśmy ze schroniska przed 10 i o dziwo na niebie było widać przebłyski słońca, brak opadów wszystko świadczyło, że sie rozpogadza. Jednak to była tylko chwilowa nadzieja:) .  Po wyjściu  ze schroniska przed nami znajdowało się ostre podejście prowadzące do doliny. Podejście okazało się dość męczące i tam mogliśmy przekonać się na własnej skórze ile napadało śniegu.

 

Zapadaliśmy się ponad kolana, czasem miałem wrażenie, że nie poruszamy sie do przodu tylko stoimy w miejscu. Jednak po pewnym czasie udało nam sie pokonać wzniesienie. Jakiś czas szliśmy doliną mając po obu stronach wznoszące sie pasma górskie. Wreszcie musieliśmy wspiąć się na lewą scianę doliny. Po osiągnięciu szczytu pasma droga prowadziła już tylko w góre.  Zaczeło robić sie niebezpiecznie, pogoda bardzo niesprzyjająca, bardzo silny wiatr wraz ze sniegiem- zawierucha, ograniczona widoczność ze względu na mgłe i padający snieg. Szliśmy pod ostre podejście, zapadalismy się ponad kolana, dodatkowo czasem wpadalismy w drobne szczeliny po pas., Śnieg był bardzo niestabilny, gdyż świerzy opad z wczorajszych i dzisiejszych opadów zsuwał sie dużymi płatami. Była godzina 13, myślę, że osiągneliśmy wysokość około 3200 m n.p.m. Pogoda fatalna na dodatek spore zagrożenie lawinowe, podejmujemy decyzję o zawróceniu do schroniska.

 

Schronisko Emanuelle II.

Nasza ekipa przed wejściem do schroniska

Po dotarciu do schroniska musimy podjąć decyzję co robimy dalej.  Idziemy do bufetu w celu zdobycia informacji odnośnie prognozy pogody na najblizsze godziny. W bufecie obsługa nie za dobrze mówi po angielsku, jednak w schronisku pracuje ciekawa postać. Jegomość wygląda jak szerpa, był ubrany w żółtą puchową kurtkę z napisem na piersi himalaje. Wiedziałem, że pracuję w schronisku, dlatego od razu zagadnałem go z nadzieją, że mówi po angielsku. Spytałem go czy nie jest przypadkiem szerpą i czy orientuję się jaka ma być pogoda na jutro. Okazał się bardzo miły facetem, tak właśnie w okresie zimowym pracuję jako szerpa w himalajach a w okresie letnim w tym schronisku.

Dowiedzieliśmy się, że prognozą pogody na najbliższy czas nie zapowiada się najlepiej, nadal mają być opady. Kolejna wiadomość to taka, że wczoraj w kierunku szczytu wybrali sie dwaj skiturowcy i do tej pory nie wrócili do schroniska. Zagineli.  Powiedział nam również, że od 20 lat o tej porze nie było w tym czasie na tej wysokości śniegu, przez co tracą sporo pieniędzy ze względu na małą ilość turystów.  Generalnie czterotysiecznik Grant Paradiso jest łatwym szczytem do zdobycia z bardzo ładnymi widokami ze szczytu, jednak jak sie okazało podczas złych warunków pogodowych prosty szczyt staje się niebezpieczny i nie do zdobycia. 

Początkowo planowaliśmy zostać do jutra i następnego dnia wcześnie rano ponownie spróbować zaatakować szczyt Grant Paradiso. Jednak, gdy dowiedzieliśmy się o spodziewanych dalszych opadach nie było sensu nadal pozostawać w tym miejscu, gdyż w takich warunkach nie było szans na zdobycie szczytu.  Postanowiliśmy, że schodzimy na dół do Pont, tam nocujemy i jutro z rana jedziemy do Courmayeur.    

Droga powrotna na parking

Na parkingu w Pont

 Około 18 docieramy do parking w Pont, oczywiście podczas drogi powrotnej jest mżawka, mgliście i wilgotnie. Andrzej z Adamem idą na zwiad w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Ja wraz z Witkiem w tym czasie przepakowujemy auto. Opodal naszego samochodu spaceruje kozia rodzina:).


 

Po 20 minutach chłopaki wracają, zapewniając nas, że znaleźli wspaniałe miejsce na nocleg. Jednak w ich zachowaniu było coś podejrzanego:).


 Idąc na nocleg spotykamy kolejne stado kozic.

A oto nasz hotel w którym spędzimy najbliższą noc. Już teraz wiem co chłopaki mieli na myśli mówiąc z uśmiechem na twarzy, że mamy super miejsce na nocleg:).


Widok na nasz „hotel” od strony ulicy, budzi podziw:)

Nasz „hotel” od podwórka:).

Jak widać na zdjęciach miejscówka wręcz wymarzona na nocleg. Dwu poziomowy budynek, podczas wchodzenie na drugie piętro można poćwiczyć wspinaczkę:). Na powyższym zdjęciu widać Andrzeja na piętrze jak zachęca nas do wejścia do środka mówiąc, że zewnątrz budynek może wydawać się troszkę niestabilny:). Później okazało się ze wewnątrz również nie było lepiej:). Prawie na połowie pomieszczenia w którym spaliśmy nie było dachu, dzięki czemu mieliśmy zapewnioną dobrą wentylację:). W blasku świeczki nasze lokum wyglądało naprawdę romantycznie:)

 

Tu widać klatkę schodową naszego wypaśnego „hotelu”:)

A tak się prezentuję nasz ekskluzywny apartament w środku:).

Jednak ogólnie wszyscy byliśmy w dobrych humorach, żartując zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

 Takie widoki mogliśmy oglądać z okien naszego „hotelu”.

 Powrót do meni..

  Dzień czwarty 10.06.2013.

 Wstaliśmy koło godziny 7 rano oczywiście wypoczęci pełni sił i entuzjazmu do działania.  Jak przystało na porządny hotel, miał też wspaniałą łazienkę oddaloną około 80 m od sypialni:) w postaci rwącego górskiego potoku:). Oczywiście wszyscy skorzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, wzięliśmy kąpiel, zjedliśmy śniadanie i w drogę.

Według planu mieliśmy jechać do Coulmayeur we Włoszech, stamtąd tunelem przejechać do Chamonix we Francji.  Następnie z Chamonix kolejką wjechać na Aig.du Midi na 3800 m n.p.m po czym zejść na miejsce biwakowe do Valle Blanche (3550m n.p.m.). Jednak gdy dojechaliśmy do Coulmayeur, było dość wcześnie, postanowiliśmy więc zwiedzić miasto i przy okazji dowiedzieć się jaka jest prognoza pogody na najbliższe dni.


Miasto Coulmayeur.

Podczas zwiedzania miasta zaszliśmy do sklepu wspinaczkowego o nazwie 4810 (sugestywna:), taką wysokość ma szczyt Mont Blanc), gdzie wypożyczyliśmy rakiety śnieżne na 3 dni ( 10 euro dziennie). Witek postanowił zakupić sobie takie rakiety ( za 115 Euro). Zakupiliśmy sobie pamiątki, noża firmy Opinel- karbonowy. Przechodzać koło jednego ze sklepów dostrzegłem przy drzwiach łopatę ocynkowaną, coś w rodzaju szufli z krótkim trzonkiem w cenie 5 euro. Idealnie sie nadawała na łopatę śnieżna, której nam właśnie brakowało. W ten właśnie sposób uzupełniliśmy nasz ekwipunek:). 
W centrum infromacyjnym dowiedzieliśmy się, że zapowiadane są opady śniegu a obecnie w okolicach Mont Blancu jest dużo śniegu, panują trudne warunki. Pani w informacji odradzała nam wybierania się w ten rejon. W centrum informacji na mapce dostrzegliśmy kolejkę wyjeżdzającą z Coulmayeur do schroniska Torrino. A stamtąd  lodowcem można było przedostać się na miejsce biwakowe do Valle Blanche. Była to propozycja Andrzeja, powiedział, że nie znalazł w internecie relacji z wejścia na Blanca tą trasą.  To dodatkowo nas zachęciło do takiej opcji. Mieliśmy nie wiele czasu, gdyż o 16.30 odjeżdzała ostatnia kolejka na góre tego dnia. A musieliśmy jeszcze odebrać rakiety śnieżne i przepakować się przy samochodzie. W zasadzie w biegu wszystko udało nam sie  załatwić i w ostatniej chwili zdarzyliśmy na ostatni kurs kolejki do schroniska Torrino (3375 m n.p.m).


Pod kolejką Funivie Monte Bianco.

Przygotowania do wyjazdu na lodowiec i zdobycie Mont Blanc.

W wagoniku kolejki przeżyliśmy mały wstrząs, w przeciągu kilku minut z temperatury koło 20 stopni, ładnego pogodnego dnia przenieśliśmy się w zupełnie inny klimat. Jadąc kolejką, wraz ze zdobywaniem wysokości otoczenie i pogoda zmieniała się radykalnie, stawało się zimno, pochmurnie mało przyjaźnie. Wszyscy zaczęliśmy się przebierać a w zasadzie ubierać. Tego dnia bez względnie na pogodę postanowiliśmy nie spać w żadnym wypadku w schronisku tylko odejść kilkaset metrów dalej i rozbić namiot.

Pierwsze minuty, gdy wyruszyliśmy kolejką w górę, piękne widoki na miasto Coulmayeur w czasie słonecznego dnia.  

Po chwili zupełna zmiana pogody. Zimno, wietrznie i mgliście.

 

To ja jakże odmiennie ubrany, aniżeli jeszcze kilka minut temu, gdy szykowaliśmy się na dole.

Doskonale pamiętam ten szok pogodowy, w ciągu kilku minut jakbyśmy przenieśli się w inny świat. Tu pozostaliśmy zdani  tylko na siebie i na to co mieliśmy ze sobą. Przed nami kilka dni przebywania właśnie w takich warunkach, w śniegu, zimnie, we mgle i nocowaniu w namiocie.  O dziwo właśnie na to czekaliśmy przez cały rok:). 
Ze stacji kolejki korytarzem prowadzącym po stalowych schodach około 50 m ruszyliśmy ostro w górę. Dzięki temu rozgrzaliśmy się i po wyjściu na zewnątrz uśmiechnięci ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca na rozbicie namiotu. Kolejka była w trakcie rozbudowy minęliśmy, więc rozkopany  plac budowy i ruszyliśmy we mgle przed siebie z nadzieją, że idziemy w dobrym kierunku:).
Szliśmy wydeptaną ścieżką, lecz mgła bardzo ograniczała widoczność , po przejściu około 500 m ścieżka zakręcała w górę, przypuszczaliśmy że to drogą pracujących przy rozbudowie kolejki pracowników.  Odeszliśmy jeszcze kilka metrów od ścieżki i uznaliśmy, że to będzie dobre miejsce na robicie obozowiska. Szybko zabraliśmy się za kopanie platformy pod namiot, bardzo wiało, zmienialiśmy się przy kopaniu co kilka minut. Był dobry czas mogliśmy jeszcze przed zaśnięciem chwile sobie pogadać i ułożyć plan  działania na jutro.


Kopiemy platformę pod namiot polskim sposobem, jeden kopie trzech nadzoruje:)

 Nasza ekipa podczas rozkładania namiotu.

 

Adam i Andrzej w namiocie.

 A tu ja z Witkiem")

Pogoda była nie za ciekawa bardzo mgliście, zimny wiatr ale my wieczni optymiści :) wierzymy, że jutro z rana będzie piękny słoneczny dzień:) czy tak będzie ?:)

Powrót do meni..

 Dzień piąty 11.06.2013.

Pobudka planowowana jest na godzinę 5 rano. O tej właśnie porze Andrzej wyjrzał z namiotu i zobaczył a dokładnie nic nie widzał. . Nie znamy zupełnie terenu, więc wyjście w takich warunkach nie ma najmniejszego sensu. W takim razie nadal pozostajemy w namiocie i co godzinę będziemy sprawdzać co się dzieje na zewnątrz. Nie spałem już, nadal leżąc rozmyslałem o najbliższych godzinach. To ostatni dzień przed atakiem na szczyt Mont Blanc. Jutro, a w zasadzie dziś w nocy planowaliśmy wyjść by zaatakować szczyt. 
Przed nami dziś jeszcze przejście przez cały lodowiec, po czym rozbicie namiotu pod kolejką Aig. Du Midi na polu namiotowe Valle Blanche 3550m n.p.m. A jak na razie pogoda nie sprzyjająca powiedziałbym nawet nie pozwalająca na wyjście. Jak wiele rzeczy jest nie zależnych od nas, jak wiele może się zdarzyć co może nam pokrzyzować plany. Jednak nie zależnie od wszystkiego trzeba myśleć pozytywnie. Gdy tak sobie rozmyslałem Andrzej poraz kolejny wyjrzał z namiotu i krzyknał „ chłopaki wstajemy, jest piekna pogoda swięci słońce” początkowo pomyślałem, że ściemnia:) lecz gdy spojrzałem na zewnątrz .... to właśnie zobaczyłem....

Stacja kolejki Torrino.

Rewelacja, pogoda idealna, mrozno, słonecznie, idealna widoczność... Czyż życie nie jest piekne?:) Wczoraj, gdy tu przyszliśmy widzieliśmy tylko mleko wokół nas a dziś taki widok, jak byśmy przenieśli się w jakimś teleportalu:) w zupełnie inne miejsce.

Na zdjęciu powyżej widać cel naszego dzisiejszego dnia, kolejka Aig. Du Midi na wysokości 3812 m n.p.m. Zamierzamy rozbić namiot pod kolejką na polu Valle Blanche 3550m n.p.m. Zdjęcie  wykonane z dużym zbliżeniem.

Gdy tylko zobaczyliśmy jaka czeka na nas pogoda wyskoczylismy z namiotu jak  z procy:), od razu zabraliśmy się do przygotowania do wyjścia. Szybko sie ubraliśmy, spakowalismy i koło godz. 8 w drogę. Pełni szczęścia, gdyż widoki były kapitalne.

 

Miejsce w którym dziś mieliśmy rozbity namiot. W tle kolejka i schronisko Torrino.

Ruszamy przed siebie, nie ma żadnych  śladów innych osób przed nami, jest czysty puszysty snieg, który pięknie się mieni w promieniach słońca. Mamy założone rakiety śnierzne, więc tym razem nie zapadamy się w śniegu. Wszyscy mamy bardzo dobre humory i zachwycamy się widokami wokół. Nareszcie doczekaliśmy się pięknej pogody. Początkowo idziemy delikatnie pod górę oczywiście już po lodowcu, by po chwili osiągnąć wierzchołek.

Stamtąd przed nami długi odcinek w dół prowadzący do doliny. Dziś nawigacją jest bardzo prosta, gdyż cały czas mam w zasięgu wzroku wierzchołek na którym znajduję się kolejka Aig. Du Midi, pod którą dziś zamierzamy rozbić namiot.
W dolinie zatrzymujemy się i zastanawiamy czy może warto skręcić w lewo(zejść z naszej trasy) i podejść w kierunku szczytu La Tour Ronde. Jest wczesna pora, piękna pogodą, mamy jeszcze sporo czasu na dojście na biwak. Tak też robimy, skręcamy w lewo i podchodzimy na znajdujący sie tam wierzchołek. Tam podchodząc do skraju grani, odsłania sie przed nami śliczny widok. Wierzchołki gór wynurzające się z morza chmur skąpane w promieniach słońca....


Okolice La Tour Ronde.

 

Chwile cieszymy nasze oczy i dusze tymi pięknymi widokami, po czym ruszamy z powrotem do doliny gdzie docieramy kolo 12 by stamtąd ruszyć ponownie w kierunku pola Valle Blanche, naszego miejsca biwaku. Temperatura powietrza sie podniosła, śnieg staje się grząski, nawet w rakietach śnieżnych zapadamy się dość głeboko.


Na zdjęciu powyżej można zobaczyć trasę którą szliśmy. Schodziliśmy z lewej strony, a mieliśmy przedostać się na prawą stronę. Po  środku znajdowało się pole ze szczelinami.


Początkowo próbowaliśmy przedostać się miedzy szczelinami, co skróciłoby nam znacznie drogę. Jednak, gdy prowadzący wtedy Andrzej wpadł w szczelinę po pachy drugi  raz, zawrócilismy i obeszliśmy pole wokół. Oczywiście byliśmy związani liną  zachowując duże odstepy, dzięki temu byliśmy cały czas bezpieczni.


Łapię promienie słoneczka, chyba sie troszkę rozmażyłem:)

W tle na wysokości głowy widać najbardziej oddalony wierzchołek, gdzie znajduję się koleja   Aig. Du Midi. Pod tym wierzchołkiem dziś planujemy rozbić namiot.

Schodząc do doliny osiągneliśmy najniższy punkt naszej dzisiejszej trasy, jeśli dobrze pamiętam zeszliśmy do wysokości około 2900 m n.p.m. Pole Valle Blanche gdzie mielismy rozbić namiot znajdowało się na wysokości 3550m n.p.m. Tak więc przed nami było kawałek podejścia.  Czułem się jakoś nie specjalnie, miałem problem z oddychaniem, musiałem co kilkanaście metrów zatrzymać się na chwilkę by wyrównać oddech. Myślę, że wychodził brak aklimatyzacji. Troszkę mnie to martwiło wiedząc, że dziś w nocy ruszamy na Mont Blanc.


Podejście było długie w końcowym etapie nachylenie terenu wzrastało. Ogólnie, trasa nie powinna sprawiać problemu, ale ze względu na moje problemy z oddychanie ( bardzo szybki oddech) odczułem to podejście. Nowe buty również dały mi się we znaki, serwując mi odciski na obu nogach. W końcu koło  godz. 14.30 dotarliśmy na pole pod kolejka. Zaczeliśmy kopać platformę pod namiot, szykować jedzenie, tym razem chleb z wędliną, gdyż rano jedliśmy już liofile. Ogólnie szykować też sprzęt na dzisiejsze wyjście.


Kolejka Aig. Du Midi.

Na szczycie po lewej schronisko, po prawej na niewidoczym na zdjęciu szczycie kolejka.

Schronisko koło kolejki Aig. Du Midi.

Koło godziny 17 Adam, Witek i Andrzej idą do kolejki, gdzie zamierzają obejrzeć piękne widoki otaczających nasz gór. Na wzniesieniu w niedużej odległości znajduje się również schronisko. Ja postanowiłem pozostać przy namiocie, topię śnieg na herbatę i do picia i daję odpocząć stopą. Wykorzystuję też czas również na napisanie kilku słów o dzisiejszym dniu, by mieć póżniej ściagawkę do napisania sprawozdania z wyprawy.


Pierwszy ze szczytów na naszej drodze 3M, czyli M. Blanc du Tacul.

Kolejne ujęcie szczytu M. Blanc du Tacul, po prawej nasz namiot.

Piękny widok z naszego namiotu na lodowiec, którym dziś szliśmy.

Jest wieczór, jesteśmy wszyscy w namiocie. Przygotowujemy się już teraz do wyjścia. Jemy kolacje, pakujemy wstępnie niezbędny sprzęt. Zabieramy ze sobą jedzenie na jeden dzień, liofilizaty, kuchenkę i palnik, batoniki, wodę do picia, apteczkę, śpiwór, łopatę „zdobyczną”.   Jutro dla nas jest ważny dzień. W końcu doczekałem się, dziś w nocy wychodzimy by zdobyć szczyt Mont Blanc. Kładziemy się spać koło 21. Jutro wiele będzie zależało od pogody.  Pobudkę planujemy na 12 w nocy, nie wiele mamy czasu na sen a jutro zapowiada się długi i ciężki dzień…. Ale takie właśnie lubię:)…. 


Ostatnie spojrzenie na cudowne otoczenie naszego miejsca biwaku.

  Powrót do meni..

  Dzień szósty 12.06.2013.


Mapa regionu Mont Blanc.
Kolorem czarnym zaznaczyłem dzień piaty naszej wyprawy, przejście lodowcem z pod kolejki Torrino pod kolejkę Aiq. Du Midi. Kolorem żółtym dzień szósty czyli zdobycie Mont Blanc. Kolorem niebieskim dzień siódmy, wyjście ze Schroniska Tete Rousse do Les Mouches stamtąd busem dostaliśmy się do Chamonix a dalej kolejką do Aig. Du Midi. Poniżej na polu namiotowe Valle Blanche czekał nasz namiot.

Zgodnie z planem o północy odzywa się budzik. Mam wrażenie, że dopiero się położyłem a już trzeba wstawać. Położyliśmy się spać o 21 wiec przespaliśmy się zaledwie 3 godziny. Wstajemy pełni obaw, gdyż wieczorem przed zaśnięciem pogoda zaczęła się pogarsza. Nie ma mgły, jest czyste niebo widać gwiazdy, pogoda wręcz idealna na atak. Staramy się szybko przygotować do wyjścia, z Andrzejem jemy podwójnego liofila, zakładamy uprzęże i cały szpej, pakujemy niezbędne rzeczy do plecaka i o 1.30 ruszamy w górę. Idziemy trasą 3M, tak więc mamy do zdobycia 3 szczyty, pierwszy M. Blanc du Tacul, następny szczyt M. Maudit by ostatecznie wspiąć się na Mont Blanc.


Po lewej schronisko a po prawej kolejka Agi. Du Midi

Adam i ja przed wyjściem

 

Ruszyliśmy jako jedni z pierwszych, za nami pojawiły się kolejne światełka, to skiturowcy i inni alpiniści ruszyli ze schroniska i szli w naszym kierunku. Skiturowcy poruszali się bardzo szybko już w połowie góry nas wyprzedzili. Podejście było naprawdę strome, szliśmy po lini prostej w górę, głęboki świerzy  śnieg utrudniał podejście, zapadaliśmy się często po kolana czasem musiałem by wydostać się ze śniegu podeprzeć się na kolanach.


Powyżej połowy góry doszły do nas chyba trzy zespoły, zmienili nas w prowadzeniu. Po ubitym śniegu idzie się dużo lżej, dzięki czemu mogliśmy troszkę odpocząć. Dwa zespoły to na pewno zespoły z przewodnikami. Wchodzimy na szczytu M. Blanc du Tacul, tam odpoczywamy kilka minut. Pogoda się pogarsza, pojawiła się mgła, zrobiło się bardzo zimno. Ubieramy się cieplej, zakładamy grubsze rękawiczki, swetery puchowe. Ruszamy w dół w dolinę, przed nami idą dwa zespoły z przewodnikami i jeden 4 osobowy oczywiście kilku skiturowców. Pogoda jest fatalna, mgła, wieje silny mroźny wiatr. Po pół godziny marszu widzimy, że zespoły z przewodnikami zawracają. Pytamy się ich co się dzieje, przewodnicy mówią, że w tych warunkach jest zbyt niebezpiecznie iść w kierunku szczytu. Wiemy, że przewodnikom nie zależy na zdobyciu szczytu, każdy powód jest dobry by zawrócić. Rozmawiamy z pozostałym czteroosobowym zespołem, wśród nich jest jedna kobieta i trzech facetów. Chcą również zawrócić, staramy się ich przekonać by spróbowali z nami. Robimy wspólnie próbę lawinową, wyszło na to, że śnieg w miarę dobrze się trzyma podłoża. Jednak to nie przekonuję tego zespołu, zawracają. Pozostaliśmy sami, zmarzliśmy. Zastanawiamy się co robić, mgła ograniczała widoczność do kilku metrów, dodatkowo było jeszcze ciemno, nie bardzo wiedzieliśmy w którym kierunku mamy dalej iść.  Mając w pamięci wczorajszy poranek, przed wschodem słońca było podobnie mgliście i zimno, jednak po 5 rozpogodziło się. Ustalamy, że zostajemy jeszcze co najmniej godzinę w tym miejscu czekając na poprawę pogody, jeśli się nie poprawi widoczność zawracamy. Jednak nie mogliśmy pozostać w miejscu, bo chyba byśmy zamarzli. Chodziliśmy po kilka minut w jedną stronę, następnie wracaliśmy. To była właściwa decyzja, po 5 rano mgła zaczęła zanikać, pojawiły się pierwsze nieśmiałe promienie słońca.

 

Widoczność się poprawiła, dostrzegamy piękne otaczające nas góry. Ruszamy przed siebie tym razem w górę, szczęśliwi, że możemy iść dalej. Jak się okazało, przed nami byli dwaj wspinacze, doganiamy ich a następnie wyprzedzamy.  Wychodzimy na wielkie powierzchnie, teren ma spore pochylenie. Widoczność jest doskonała, widzimy nasz pośredni cel czyli drugi dzisiejszego dnia szczyt M. Maudit. Jednak do celu jeszcze długa droga. Tym razem idziemy zakolami, trawersujemy górę idąć z lewej strony na prawą, dzięki temu nie odczuwamy tak dotkliwie pochylenia terenu, jednak musimy pokonać dłuższą drogę.


Widok na M. Maudit

Ostatnio były dość intensywne opady śniegu, przez co idac często zapadamy się dość głeboko w śnieg. Co jakiś czas robimy bardzo krótkie odpoczynki, co pozwala nam wyrównać oddech i iść dalej. Zdobywamy wysokość dochodzą z dołu do nas inne zespoły, skiturowcy. Myślę, że gdy pogodą się poprawiła część zespołów postanowiła spróbować ponownie zdobyć Mont Blanc. Po drodze mijamy spore szczeliny, aby je pokonać musimy dawać naprawdę duże kroki przy zachowaniu dużej ostrożności. Zastanawiamy się jak bedą wygladały te szczeliny, gdy słońce będzie prażyło cały dzień.
Pod samym szczytem czeka na nas odcinek drogi z dużym nachyleniem terenu około 70 stopni na 70 m. Zbliżając się do tego podejścia widzimy podłużną szczelinę w poprzek zbocza. Do tej pory szliśmy zwiazani liną, jednak nachylenie to będziemy pokonywać bez asekuracji. Musimy jeszcze minąć dość długą poprzeczną szczelinę, chwila odpoczynku i ruszamy. Będziemy szli w jednym ręku trzymając złożony kij, a w drugiej czekan po ty by mieć dobry kontakt ze zboczem.

Praktycznie poruszamy sie na czworaka, jednak około 8 rano dość sprawnie udaje nam sie wspiąć na szczyt M. Maudit, skad zachwycamy się pieknymi widokami obserwując naszą dzisiejsza trase.


Powyżej na głównym planie szczyt M du Tacul, który już dziś zdobylismy i dolina w której pogoda sie zmieniła i mieliśmy duże watpliwości czy pojdziemy dalej. Na drugim planie po lewej widać ostry wierzchołek, na którym znajduje się stacja kolejki Aig. Du Midi spod której dziś wyruszyliśmy.

Podejście pod M. Maudit z widocznymi śladami naszego podejścia pod szczyt. Na zdjęciu na podejściu Adam.

Panorama z M. Maundi na M. Du Tacul.

Nasze szczęście jednak nie trwało zbyt długo, piękne widoki zostały zasłonięte mgłą, słońce znikło, wiatr przypomniał o sobie. Na szczycie zespoły, które szły wraz z nami w kierunku Mont Blanc zawróciły tym razem myślę definitywnie. Znów stanęliśmy przed decyzją, co dalej, wracamy czy idziemy dalej. Mieliśmy dobry czas, co prawda pogoda się zepsuła, mgła robiła się coraz gęstsza. Mieliśmy jednak w gps ślad prowadzący na szczyt M. Blanc. Dzięki temu mogliśmy czuć się spokojniej, mimo ograniczonej widoczności, mamy szansę dojść do szczytu. Decydujemy, że idziemy dalej… Z przeciwka nadchodzi jeszcze chyba jeden zespół, który widocznie również zawraca widząc, że pogoda sie znacznie pogorszyła. Najprawdopodobniej pozostajemy jedynym zespołem który dalej zmierza iść tego dnia na Mont Mlanc od tej stony. Widoczność bardzo spadła, ja i Witek mieliśmy gps i obaj mieliśmy wgraną trasę na Mont Blanc. Od tej pory szliśmy jedynie zdani na ślad z gps. Bez tego nie moglibyśmy iść dalej. Miałem wrażenie ze ten odcinek był w miarę płaski, oczywiście były podejścia i zejścia ale nie odczuwałem zbyt dużego nachylenia terenu. Szliśmy we mgle, dziwnie się czułem jak bym szedł nocą a było przed południem.

 

Pierwszy idzie Witek, później ja i na końcu Adam. Andrzej prowadzi. 

Wyszliśmy na ogromne plato ( płaska przestrzeń) po prześciu po nim zaczeliśmy długie mozolne podejście. Nie wiedzieliśmy czy wspinamy się już na szczyt Mont Blanc czy nie. Trawesujujemy podeście, robimy co jakiś czas odpoczynki by w końcy wejść na szczyt. Pogoda zaczeła sie poprawiać , mgła zaczeła troszke ustepować, widoczność coraz lepsza.  Po wejściu na szczyt przed nami kolejne wypłaszczenie, tym razem widzimy w przenikających płomieniach słońca mgłe szczyt Mont Blanc. Długi podejście lecz nie zbyt strome, powiedziałbym raczej łatwe.  Pierwszy idzie Witek. Ja nadal co jakiś czas musze stawać by wyrównać oddech.


Widok na Mont Blanc.

Tak, wiec przed nami ostatnie podejście i zdobędziemy cel naszej wyprawy.  Zaskakujące było to, że podczas podejścia znów otrzymaliśmy prezent w postaci pięknej pogody. Wchodzać na szczyt mgły pozostały poniżej a pod szczytem mamy już bardzo dobrą widoczność i świeci słoneczko:). O 12.05 zdobywam szczyt. Widoczność kapitalna, jest mrożny przeszywający wiatr. Oczywiście zachwycamy się widokami, pijemy herbate na rozgrzewkę i robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Na szczycie poza nami nie ma nikogo, miłe uczucie.


to ja na szczycie Mont Blanc 4810 m n.p.m

Andrzej i ja na szczycie Mont Blanc.

Po nacieszeniu się widokiem i radością z osiągnięci celu należy wracać w dół. Zdobycie szczytu można zaliczyć do udanych, wtedy gdy znajdziemy sie bezpiecznie na dole. Zmienna pogoda, dużo słońca spowodowała że drogą , którą przyszliśmy stała się niebezpieczna. Decydujemy, że nie wracamy tą sama drogą tylko wybieramy wariant zejścia przez Gouter. Fakty są następujące: nie wracamy do namiotu, musimy iść do Gouter, nie mamy zarezerwowanych noclegów wiec istnieje możliwość, że bedziemy musieli zejść niżej do schroniska Tete Rousse.

Zejście z Mont Blanc w kierunku Gouter.

Schodzimy powoli nadal ciesząc sie widokami, docieramy do schronu Vallot. Czujemy już zmęczenie całodzienną trasą. Krótki odpoczynek i idziemy dalej. Jest dużo  mokrego śniegu, schodząc zapadamy się po kolana. Śnieg jest grząski i mokry.


Schron Vallot.

 

Widok na Mont Blanc. Od lewej Andrzej, Witek i ja.

ja wraz z Adamem chwila odpoczynku, wyrównania oddechu.

Schronisko Gouter.

W oddali na samym szczycie widać Aig. Du Midi.

Dochodzimy do schroniska Gouter, okazuję sie że trwa remont, wiec jest chwilowo nie czynne. Poniżej kilkaset metrów jest jeszcze jedno małe schronisko, ale tam bez rezerwacji nie ma szans na nocleg. Szefem tego schroniska okazał sie zwykły dupkiem, pytaliśmy go co nam radzi wskazał nam zamknięta drogę w dół z usmiechem na ustach. Powiedziałem mu co o nim myslę, mówiłem dość głośno by wszyscy znajdujący sie na platformie wokół schroniska słyszeli. Zrobiło mu sie głupio, wiedział że zachował sie nie wporzadku. Bardzo pomocny okazał się pewien rosjanin, który widział cała sytaucję. Wyjaśnił nam, że możemy zejść w doł, wskazał nam drogę do schroniska Tete Rousse, jesli by tam nie było miejsc możemy zejść jeszcze niżej i tam znajduje sie otwarty schron z pryczami i kocami.

 

Zejście w kierunku schroniska Tete Rousse.

Ruszamy dalej ostre zejście w dół częściowo zabezpieczone linami bądź łańcuchami. Przed dojściem do schroniska musimy przejść przez Grant Couloir potocznie zwany Kuluar Rolling Stones bądz Żleb Śmierci. 

 

 

Grant Couloir 

Jest to trawers o długości 50 m, przez który bardzo często spadają kamienie, płyty lodowe bądz schodzą poprostu lawiny z powyższych magazynów śnierznych.  Oczywiście przechodzący nie rozgląda sie tylko idzie szybki krokiem, natomiast obserwuje co się dzieje w żlebie partner. W razie niebezpieczeństwa, komenda uwaga- biegnij do przodu bądz wracaj a wtedy przechodzący zaczyna biec. Grant Couloir przekraczamy szybko i zdecydowanie. Jednak chwile po przejściu Adama przez culuar zeszała nie wielka lawina. Do schroniska Tete Rousse docieramy o 20.14.

Schronisko Tete Rousse

Na szczęście mają wolne miejsca. Miła obsługa jednak warunki nie specjalne, pokoje nie ogrzewane i nie ma wody w łazienkach. Można, wiec zapomnieć o kąpieli. Ja wraz z Witkiem zafundowaliśmy sobie obiad dwudaniowy za 24 Euro:). Porcje były naprawdę duże, polecam:), taki obiad po kilku dniach w górach smakuje rewelacyjnie. Po zjedzeniu wszyscy czuliśmy się przemęczeni i od razu poszliśmy spać. To był dla nas długi dzień, 18 godzin na nogach ale jakże udany. W pokoju było zimno, ciemno, zasypiałem jednak mając w pamięci piękne widoki ze szczytu…. 

    Powrót do meni..

  Dzień siódmy 13.06.2013.

Wstajemy koło 7 rano,nic nie jemy, pakujemy i ubieramy sie i sprawnie wychodzimy. Plan na dziś, dotrzec do miasta Chamonix, tam obejrzeć centrum miasta i wjechać kolejką do Aiq. Du Midi, gdzie znajduje się nasz namiot na polu poniżej.


 

Schodzimy teraz już spokojnie, po godzinnym schodzeniu docieramy do murowanego z kamienia schronu. Jest otwarty bardzo czysty wewnątrz znajdują się łóżka i koce. Dochodzimy do wniosku, że wczoraj w zasadzie mogliśmy dojść do tego miejsca i tu się przenocować. Chwilka przerwy i ruszamy w dalej w dół.


Widać już w oddali miejsca bez śniegu i miasto to znak, że wychodzimy powoli ze śnierznego terenu.  Po niedługim czasie dochodzimy do najwyżej położonej stacji kolejki szynowej. W tej chwili jeszcze zamkniętej, ale napotkaliśmy pracowników usuwających śnieg z torów i przygotuwujących trase przejazdu do rozpoczęcia sezonu.


Stacja kolejki, wyjazd kolejki zasypany śniegiem.

Obchodzimy drewniany domek stacji kolejki obok z lewej strony, gdzie napotykamy tunel kolejki prowadzący przez skałe. Andrzej z Adamem idą pierwsi, chcą przejść przez tunel.


W tunelu było ciemno, nagle Adamowi nogi wylatują w powietrze i  ląduje tyłkiem na ziemi. Okazało się że całe torowisko było skute lodem. Kijki Adama zjechały na dół. Wycofujemy się i obchodzimy tunel. Odnajdujemy kijki Adama i ruszamy odśnierzonym torowiskiem w dół w kierunku Les Houche.


Dochodzimy do kolejnej stacji kolejki i tu schodzimy z torowiska i idziemy na skrótem kierując sie na widziane w oddali miasto.


Fajne ostre zejście i ostatnie pole śnieżne, za chwile dochodzimy do trawiastych łąk. Schodzać niżej można było zobaczyć pozostałości po zejściu lawiny, połamane drzewa i krzaki porozrzucane kamienie. Siła zniszczenia lawiny jest ogromna.


Przed wejściem do miasta dobrze byłoby zrobić sobie jakaś toaletę, umyć sie, przebrać i coś zjeść. Schodzac w dół rozglądamy sie za jakimś strumykiem, dzięki niemu moglibyśmy spełnić nasze marzenia:). Znajdujemy strumyczek, co sprawia nam wielką radość. Kąpiemy się, mała przepiórka:) i jemy sniadanko. Mamy piekny pogodny dzień, jest niczym w raju:)


Najedzeni, świerzy i usmiechnięci schodzimy do Les Houche, w bankomacie pobieramy gotówkę, i autobusem jedziemy do centrum Chamonix. 
Tam dla nas najważniejsza sprawą jest znależć pomnik pierwszych zdobywców.  Oczywiście poza tym wysyłamy kartki pocztowe do domów, robimy zakupy spożywcze, które konsumujemy pod sklepem:).


Przy poczcie w Chamonix.

Uliczka w Chamonix.

Nasza ekipa przy pomniku pierwszych zdbywców Mont Blanc.

W tle widok na Mont Blanc.

 

Kolejka Aguille du Midi w Chamonix.

Kupuję oczywiście znaczek metalowy z Chamonix i koło godziny 16 jedziemy kolejką na Aig. Du Midi do naszego namiotu. Wjazd jedyne 42 Euro, trzeba płakać i płacić:)
W przeciągu kilku minut ze słonecznego ciepłego miasta wjeżdzamy w śnierzne pola.


Widok ze szczytu kolejki na Mont du Tacul.

Ten mały punkcik u podnóża to nasz namiot. Schodzimy do namiotu, jemy i pakujemy sie wstępnie na jutrzejszy wymarsz i powrót do samochodu.


    Powrót do meni..

  Dzień ósmy 14.06.2013.

 

?>?>