Laponia

Rob. Opublikowano w Rok 2014

Wprowadzenie.

Pięknego niedzielnego lutowego popołudnia zadzwoniła moja komórka. Patrzę , dzwoni kolega Tomek (pozdrawiam serdecznie :) i po wstępnych grzecznościach wyjawia sedno sprawy. Że ja dużo wędruję i czy nie chciałbym dołączyć do ich grupy (pozdrawiam serdecznie :) która wybiera się na dwutygodniowy wypad

... I tu zaczął kreślić mi jakieś nieznane pejzaże : kwikjok , wari wari , jokmok , gali wari , kiruna , park sarek , samowie , i szlak kungsleden - na nasze szlak królewski , czyli LAPONIA ?!    Szczerze , nigdy nie myślałem wcześniej o tej krainie w kategoriach turystycznych . Ot , wiedziałem , że jest tam gdzieś za kołem podbiegunowym , pełna reniferów i niedżwiedzi i tyle - a jeszcze Mikołaj tam bawi :) . Owszem , cały czas wspominam wycieczkę do niedalekiej , pięknej  Norwegii (panie Bogdanie i pani Aniu- pozdrawiam serdecznie :) i żyję nadzieją , że właśnie tam zdobędę parę szczytów i odkryję kilka nowych fiordów !
Ale żeby do Szwecji !   Akurat miałem remont w domu , więc nie miałem za bardzo czasu przyjrzeć się bliżej temu tematowi ale trochę w internecie poszperałem . No i... Wzięło mnie ! Okazało się ,że kwikjok to jest wioska o nazwie Kvikkjokk , jokmok to miasteczko Jokkmokk - centrum kulturowe Sapmi czyli Laponii , centrum ludu Samów itd...  
Jak to u mnie zwykle bywa , zapraszam na piętnastodniową wyprawę . Zdjęć będzie trochę (dopiero co obejrzałem , choć wróciłem już jedenaście dni temu :)  
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na wędrówkę po przepięknej Laponii (zdjęcia to jest ,,pikuś,, w porównaniu do rzeczywistości !!!)  
   Staszek M

 

                                         

Dzień pierwszy  2014.07.25. Piątek  

O godz.2 wyjazd z Kielc i ... na północ :)  W Radomiu dołączam do kolegów i dalej do Warszawy jedziemy w sześcioosobowym składzie. Meldujemy się na lotnisku i jak to u nas bywa - bywa opóżnienie . Trochę to denerwujący widok bagażowego , który robi wszystko byle nie za szybko ... Załoga powiadamia , że właśnie są kłopoty z obsługą naziemną , a my mamy w Sztokholmie tylko 110 minut na przesiadkę !
W końcu wylatujemy i meldujemy się na lotnisku w stolicy Szwecji z zapasem ... 75 minut . Krzysiek (pozdrawiam serdecznie) leci (biegiem , nie lotem:) na drugi terminal (kawałek drogi :) żeby nas jeszcze odprawili i ... Polak potrafi , no nie :) Lot do Kiruny odbył się już bez przeszkód natury bagażowej :)   W Kirunie , hmmm... prawie żar z nieba , 27 stopni , zero chmur i prawie zero wiatru . Kiruna jest małym miastem , największym w Laponii i najbardziej na północ wysuniętym miastem szwedzkim. Znajdują się tu , uważane za najbardziej rozległe  na świecie złoża rud żelaza. Transfer z lotniska do centrum , a póżniej linią autobusową do Narwiku (Norwegia) udajemy się do Abisko. Tu zaczynamy naszą wędrówkę . Ważenie plecaków (mój 25,5kg , trzeci co do wagi - 27kg , 26kg , 25,5kg 24kg , 23kg i ... 18kg - nie wiem do dzisiaj jak Rysiek się tam spakował :) W Abisko ma swój początek szlak KUNGSLEDEN , a ściślej jego północna część -440km Założenia są takie żeby dotrzeć do Kvikkjokk , czyli około 220km  i po drodze parę razy zboczyć na jakieś górki. O godz 17 wyruszamy ...    Dzisiejszy , pierwszy odcinek wiedzie w całości przez ABISKO NATIONAL PARK . Najpierw wzdłuż pięknego kanionu rzeki Abiskojakka , póżniej wzdłuż rzeki i w końcu wzdłuż jeziora Abeskojavri. Na jego końcu przekraczamy przez wiszący most rzekę i dochodzimy do chaty (takie ubogie schronisko - noclegownia) Abiskojaure . Tu zaliczamy swój pierwszy nocleg , w naszych małych domkach :)   
Razem wędrowaliśmy 15,9km z przewyższeniem 448m , w czasie 6,20godz

Dzień drugi  2014.07.26. Sobota   

Noc przebiegła spokojnie , choć dziwne to uczucie gdy wokoło jest widno :) Ciężko spać w te prawie białe noce które prześwitują przez namiot :) Poranek był rześki , ja postanowiłem wejść sobie na pobliską górę z której są piękne widoki.     Abiskojaure - Boazocohka (niższy wierzchołek - 1201m npm) - Abiskojaure    Razem 10,4km , 748m przewyższenia , 3,10 godz Dzisiaj niestety było już sporo chmur , choć parno było nadal. Dlatego też wspaniałe widoki miałem głównie w pamięci z Internetu. Chociaż piękną dolinę Gorsajavri trochę przez te mgły/chmury widziałem i parę fotek zrobiłem. Ale i tak warto było wdrapać się na tą górkę . Po powrocie do Abiskojaure zabrałem swój ciężki majdan i wyruszyłem w drogę za kolegami. Szlak biegnie najpierw przez dolinę Radunjarga gdzie zobaczyć można było osadę Samów a póżniej wzdłuż jezior Miesakjavri , Radujavri i Alisjavri. Koledzy część przepłynęli motorówką a ja oczywiście pokonałem wszystko ,,z buta,, Drugi dzień zakończyliśmy koło chaty Abiskojaure , rozbijając się u ujścia rzeki Aliseatnu . Po dniu podróży z Polski i dwóch dniach upalnego wędrowania kąpiel w rzece była istną rozkoszą :)   
  Do porannej wędrówki dołożyłem jeszcze 22,6km , 85m przewyższenia i 7,10godz    W sumie 33km , 1553m przewyższenia w 10,20godz

 

Dzień trzeci 2014.07.27. Niedziela.

   Po wieczornej kąpieli spało się bosko :) Wieczorem wystąpił tylko jeden feler - komary chciały nas żywcem zjeść . Mieliśmy dobre środki na to paskudztwo , ale na noc nie chciałem się smarować ... W miarę szybko trzeba było zamknąć namiot , wystrzelać dziadostwo i spać :) Noc piękna , jasna , przed porankiem rzeka i cala dolina zasnuła się mgłami. Po porannej toalecie rzecznej i śniadaniu udajemy się w dalszą drogę. Idziemy wzdłuż rzeki/potoku Aliseatnu , doliną Alisvaggi do chaty Tjaktja . Pogoda dopołudnia piękna , ale stopniowo zaczyna się chmurzyć i przy chacie już trochę pokropiło. Tutaj koledzy postanawiają zostać na noc i rozbijają namioty , a ja ... postanowiłem zrealizować cały plan wyprawy i dlatego w dalszą drogę udałem się sam. Umowa została zawarta , że spotkamy się w Kvikkjokk , czyli planowanym końcu naszej wyprawy. Deszcz przestał padać , znowu zrobiło się ładnie i wyruszam dalej. Wzdłuż potoku Ceavccanjira , doliną Tjaktjatjattja wchodzę na przełęcz Tjaktjapasset (1150m npm) - najwyższy punkt na trasie szlaku Kungsleden. Znajdują się tu dwie Male chatki noclegowe , bezobsługowe i zastaję w nich parę ... polaków. Gawędzimy chwilę i dalej schodzę do doliny Tjaktjatjakka , około kilometra bo dalej nie dało rady. Przede mną niebo powoli zamieniało swój błękitny kolor w czerń przeszywaną jaskrawymi błyskawicami. Szkoda , zamierzałem przejść do następnej chaty , ale nie było sensu pakować się w tą nawałnicę. Pobliski potok szemrał do snu i tam też się udałem. Przynajmniej miałem całą noc suchą , na mnie nie padało. A burza trwała chyba pół nocy , grzmoty roznosiły się szeroko po górskich dolinach ...     Udało mi się przejść 22,1km , 985 m przewyższenia w czasie 9 godz Ten odcinek był chyba jednym z najpiękniejszych , chociaż chyba wszystkie takie były ...

 

Dzień czwarty 2014.07.28. Poniedziałek  

    Ranek piękny , po nocnych burzach nie ma śladu . Raduje się dusza a ciało dalej rusza :)  W dalszym ciągu wędruję doliną Tjaktjatjakka wzdłuż potoku Tjaktjajakka . Mijam chatę Salkastugorna (tu dorwał mnie deszczyk :) i dalej doliną Tjaktjavagge mijam chatkę/schron Kuopperjakka (takich bezobsługowych domków jest tu sporo, są utrzymywane przez Svenska Turistföreningen (STF) taki ich PTTK ) Półtora kilometra dalej dochodzę do potoku Sinnijohka i tu opuszczam szlak Kungsleden i wzdłuż potoku udaję się do doliny Sinnivaggi by dostać się na najwyższy szczyt Szwecji - Kebnekaise . Co prawda dzień wcześniej w schronisku/chacie Tjaktjastugan gospodyni obiektu mówiła , że to trasa bardzo trudna , absolutnie nie z ciężkim plecakiem no i dla doświadczonych wędrowców , no ale ... Wydawało mi się , że po tylu latach ,,łażenia,, doświadczenie jakieś tam mam , a co do reszty to przecież Polak potrafi :) Od szlaku do szczytu GPS pokazał mi 10,5 km i jakieś 1400 metrów podejścia . Po początkowej , łatwej ścieżce (jakieś 1,5km) póżniej sprawdziło się to co mówiła miła pani ze schroniska. Mozolna i długa wspinaczka po piargach , kamieniach i wielkich głazach , także łażenie z ciężarem (a i bez też) dosyć niebezpieczne. Po prostu ścieżka się skończyła i dalej było już tylko wielkie , niekończące się rumowisko skalne. Ciężko było , no ale skoro doszedłem do przełęczy Vierranvarri gdzie przebiega oficjalny , łatwiejszy szlak na szczyt to znaczy ,że jednak jakieś tam doświadczenie jest :) Zaletą tego wariantu wejścia na tą górę było to , że szedłem jedną drogą , a wracałem drugą . Ach te widoki , naprawdę warto było :)Już z doliny majaczył przede mną w oddali ośnieżony wierzchołek Kebnekaise. Pogoda , która do tej pory mi sprzyjała niestety odleciała. Od przełęczy miałem jeszcze jakieś czterysta metrów do góry i około dwóch kilometrów . Zostawiłem mój ciężki tobołek i na lekko (co za styl :) odcinek ten pokonałem w coraz gęściejszych chmurach i niestety coraz bardziej padało. Droga wcale się nie zmieniła , dalej piargi i kamienie z tą różnicą , że była wyrażna ścieżka jak iść. Pod samym wierzchołkiem spotkałem dwie szwedki które usilnie chciały mi wcisnąć raki . Hmm , opisują wszędzie , że latem wejście na szczyt nie wymaga tego sprzętu , dlatego też nikt z naszej wyprawy raków nie zabrał (po co dodatkowy ciężar). Początkowo się wzbraniałem przed takim darem (ja nie dam rady ?!) ale dałem się jednak namówić i było to jednak zbawienne :) Ostatnie czterdzieści metrów podejścia i jakieś dwieście metrów drogi to był ... lodowiec . A już sam szczyt jest po prostu ostrym grzbietem z którego można łatwo zjechać (nie wiem gdzie bo byłem w chmurach :) KEBNEKAISE 2106m npm jest moje , żywego ducha , piękna cisza wokoło i niesamowita panorama ! Hmm , no tak to widziałem w Internecie :) Od wschodniej strony jest kilkusetmetrowe urwisko zakończone lodowcem (i wierzchołek i tą dolinę lodową udało mi się pstryknąć)  Pod szczytem znajdują się dwie chatki noclegowe gdzie można się schronić w razie załamania pogody. Powrót tą samą drogą na przełęcz , znowu ciężar na plecy i strome podejście na Vierranvarri i równie strome zejście do doliny Laddjuvaggi. Szlak wiedzie wzdłuż potoku Kittelbacken który niestety trzeba było przekroczyć. Deszcz zamienił się w ulewę i wody mnóstwo . Trochę czasu zajęło mi znalezienie miejsca gdzie można przejść jako-tako na drugą stronę . I tak mam wszystko mokre włącznie z ,,gatkami,, a i buty już nabrały wody . Dogoniłem miłe dziewczyny , oddałem raki a polska czekolada ,,odbiła się,, szerokim uśmiechem na twarzach moich wybawczyń :) Droga ze szczytu do schroniska gdzie rozbiłem namiot to 11,4km zajęła mi aż cztery godziny i docieram tam kompletnie przemoczony o pierwszej w nocy (ponieważ niebo zaniesione więc była szarówka:) Kebnekaise fjallstation to już prawdziwe schronisko , z normalnymi pokojami i pełnym węzłem sanitarnym (niestety nie skorzystałem , to jest tylko dla nocujących w schronisku)        39,9km , 2195m przewyższenia i 15godz50min wędrówki Uff , dzisiaj mi dało popalić :)

 

 Dzień piaty 2014.07.29. Wtorek

 Lało , padało , lało , padało ... Tak na przemian przez cały dzień . Dopiero parę dni przed wyjazdem zacząłem się przygotowywać do tej wyprawy . Sprawdziłem trasę , opracowałem ewentualne ,,skoki w bok,, no i oczywiście sprawdziłem prognozy pogody. Trwoga mnie ogarnęła gdy zobaczyłem co synoptycy nam przepowiadali. Od poniedziałku (wczoraj) miało przyjść załamanie pogody i miało lać , i lać , i lać ... cały czas. Czyżby im się sprawdziło ? Wczoraj zmokłem jak bura s... , dzisiaj ciężko było wyjść z namiotu , co będzie dalej . Przestało padać około 16:30 i całe szczęście że wyszło słoneczko więc namiot prawie wysechł . O godz 17:50 (na noc ?!?!) dopiero ruszyłem w dalszą drogę . Nawet się ładnie zrobiło , tylko chmury cały czas  nie chciały ruszyć gdzieś dalej i kłębiły się u góry. Poruszałem się piękną doliną Laddjuvaggi , wzdłuż potoku Liddubakti . Było to łatwiejsze dojście na Kebnekaise ze szlaku Kungsleden . Po drodze spotkałem się z moimi kompanami którzy właśnie podążali do schroniska Kebnekaise fjallstation . Dolinę Laddjuvaggi od południa zamyka piękna góra , niesamowicie ostry grzbiet - Liddubakti i zgodnie uznaliśmy , że była to chyba najpiękniejsza góra jaką widzieliśmy :) U jej podnóża znajduje się jezioro Jiertajavri i tam też zakończyłem dzisiejszy etap . Znowu zaczęło się bardziej chmurzyć , zrobiło się ciemno więc nie było sensu dalej iść . Po co niepotrzebnie moknąć :) Woda w jeziorze była cieplutka , miałem wielką ochotę na kąpiel , ale wiało jak na ,,dworcu w Kielcach,, więc sobie odpuściłem :)     Tylko 13km , 489m podejścia i 4,10 godz    
Dzisiaj było tak laicikowo :)                         

 

Dzień szósty 2014.07.30. Środa

  W nocy trochę padało , rano podstawa chmur wisiała niewiele wyżej od czubka namiotu :) Praktycznie cały dzień był szary , bury i ponury , od czasu do czasu podlewając co nie co :) Tereny nadal piękne , szlak cały czas wiedzie wzdłuż potoków , najpierw  Tjaktjajakka do jeziora Padje Kajtumjaure , gdzie znajduje się chata o tej samej nazwie , a póżniej wzdłuż potoku Kaitumjakka do jeziora Teusajaure. Tutaj znajduje się następna chata , Teusajaurestugorna oraz pierwsza przeprawa wodna.    Na razie 21,8km z 597m przewyższenia w czasie 5,55 godz  Oczywiście za opłatą obsługa chaty przewozi turystów na drugi brzeg i nijak nie można tego jeziora obejść. Jest takich przepraw na ,,naszej trasie,, cztery , ta była najkrótsza - tylko 800 metrów . W miarę szybko uzbierała się trójka wędrowców i przewożnik (kursował non-stop , ruch był spory:) przeprawił nas na drugi brzeg.  Wkroczyłem do drugiego parku na szlaku - Stora Sjofallets Nationalpark . Tutaj jakieś 400 metrów do góry i kilkanaście kilometrów płaskowyżem do następnego jeziora , Suorvajaure. Pierwsza droga na szlaku (pokonałem już ponad 60km), przy niej chata Vakkotavare i przystanek autobusowy. Nad brzegiem jeziora rozbijam się na noc (póżniej okazuje się , że moi koledzy spali w tym samym miejscu:)     Dalej 14,7km , jeszcze 682m do góry i 4,10 godz Do przeprawy przez to jezioro jest tu do pokonania drogą trzydziestokilometrowy odcinek , który w przewodnikach zalecają pokonać autobusem . Ja początkowo miałem go pokonać ,,z buta,, i po drodze wejść sobie jeszcze na jakąś górkę . Niestety , tyle co zdążyłem zakwaterować się w moim domku jak lunęło i tak było chyba z pół nocy. Więc zmieniłem plany , i ...     Dzisiaj razem 36,5km , 1279m przewyższenia i 10,05godz łażenia

Dzień siódmy 2014.07.31. Czwartek.

2014.07.31 czwartek  Perspektywa prawie trzydziestokilometrowego deptania po asfalcie odwiodła mnie jednak od mojego wcześniejszego pomysłu. Postanowiłem przebyć ten odcinek autobusem. Pierwszy kurs był dopiero o godz 10:30  więc mogłem trochę dłużej pospać (jak pisałem wcześniej w nocy lało i na dodatek ostro wiało więc i fale na jeziorze były , a jak były to i rozbijały się o brzeg - niektórych to wszystko usypia a innych nie bardzo :) Ranek nawet pogodny , autobus punktualny i zajechałem do przystani Kebnats . Autobusy spełniają tu też rolę zaopatrzeniową i poczty. Zaraz była przeprawa statkiem przez jezioro Langas na drugi brzeg gdzie znajduje się schronisko Saltoluokta fjallstation. Tu widząc jak Szwedzi gaworzą przez komórki i ja postanowiłem zameldować się w domu , co zostało odebrane :) Generalnie na całym szlaku Kungsleden nie ma zasięgu i są tylko w chatach telefony ,,alarmowe,, Musiałem tu też trochę poczekać , lunęło ostro. Za schroniskiem odbiłem na ścieżkę dochodzącą do szczytu Lulep Gierkav 1139m npm , jakieś 10km w obie strony. Naoglądałem się w Internecie trochę zdjęć i musiałem na nią wejść :) Widoki przednie , z północy jezioro Langas , od południa jezioro Bietsavrre z deltą rzeki Avtsusjjahkka i w oddali ośnieżone szczyty parku Sarek . Od schroniska zlało mnie już dwa razy , ot taka lapońska gościnność , ale warto było się wdrapać na tą górę :) Podczas zejścia potężnie lunęło jeszcze raz i poczułem się spełniony , znowu wiedziałem , że woda wszędzie wejdzie :) Idę jeszcze około 10km doliną Autsutjavagge , wzdłuż potoku Avtsusjjahka do jeziorek Muorkatjavratja gdzie rozbijam swój namiocik . Po drodze znajdowała się bezobsługowa chatka Rastskydd gdzie myślałem nawet przenocować i wyschnąć porządnie ale dochodząc do niej słychać było jakieś dziwne ruchy więc nawet nie przeszkadzałem lokatorom i poszedłem ku przeznaczeniu dalej :)  
26,4km , 1361m przewyższenia w 9 godzin.

 Dzień ósmy 2014.08.01. Piątek.

Pierwsza naprawdę zimna noc , trochę zmarzłem . Do tej pory było ciepło , nawet nocami . Ale wreszcie pogodny dzień :) Rano schodzę do chaty Sitojaurestugorna nad jeziorem Gasskajavre gdzie czeka mnie kolejna przeprawa.    6km , 102m do góry w 1,20godz Zdążyłem w sam raz , miły przewożnik nawet zawrócił gdy mnie dojrzał na brzegu , taka lapońska gościnność :) Przepływamy dwa połączone jeziora Gasskajavre i Gabddajavrre i dobijamy do przystani Svijnne. Znajduje się tu kilka bezobsługowych chat , dla tych którzy zbyt póżno zawitaliby na przystań. Szlak wchodzi na płaskowyż Njunjes i podąża nim kilkanaście kilometrów do jeziora Laitaure. Tuż przed zejściem do jeziora jest ścieżka na klif Skierffe , gdzie ochoczo się udaję. Jest to jedna z większych atrakcji tego rejonu , widok na deltę rzeki Rahpaadno. Sam klif jest prawie siedemset metrowym urwiskiem (poziom rzeki - 495m npm , Skierffe - 1179m npm) Delta ma w tym miejscu ponad półtora kilometra szerokości , z drugiej strony jest równie stroma , piękna góra Tjahkelij (1162m npm) , a pośrodku delty górka Nammasj (823m npm) Widok jest naprawdę niesamowity , a i jeszcze blisko widać najwyższe szczyty parku Sarek. Miałem jeszcze w planach dojść do Nammasj , ale odpuściłem. To jeszcze jakieś 10km w obie strony i ponad 1000m przewyższenia a ja po raz pierwszy od początku wędrówki poczułem się .. padnięty . Potoki pięknie szumią , ale w dzień . Mnie taka melodia niestety nie usypia , a miałem z nią do czynienia praktycznie każdej nocy. Ot po prostu , wystąpiło zmęczenie materiału :) Poczeka, może następnym razem (jak będzie) trzeba sobie coś zostawić na zaś :) Trochę pokropiło na koniec dnia a ja wracam na szlak. Jeszcze ostre zejście do chaty Aktse i dojście do brzegu Laitaure i rozbijam się na noc.   Dzisiaj w sumie razem 30,6km , 1294m przewyższenia i 9godz 50min

Dzień dziewiąty 2014.08.02. Sobota.

Dzień wstał piękny :) Poranna toaleta w jeziorze , szybkie śniadanie , zwijanie namiotu i w drogę ... parę metrów do przystani. Pierwszym kursem przepływam jezioro Laitaure i do końca wycieczki jestem zależny tylko od siebie . Przepraw już nie będzie , chyba , że z misiami :) Znalazłem się w następnym parku Sareks nationalpark . Z drugiej strony jeziora jest piękna góra Tjahkelij  1214m npm i miałem w planach na nią wejść . Z każdej strony ma skalne , pionowe urwiska i z tego co wyczaiłem w internecie jako-tako można wejść tylko od południa. A tam od szlaku trzeba dojść jakieś 2,5 - 3 km Na miejscu okazało się , że teren jest naprawdę dziki , las z mnóstwem potoków , bagien i pieron wie czego jeszcze. Na dodatek nie było żadnej wyrażnej ścieżki skręcającej w tym kierunku.    No cóż , w takim razie dzień był relaksacyjny :) Doszedłem tam gdzie zamierzałem i ... błogi odpoczynek. Pranko , kąpiel w potoku (jako-tako:) i regeneracja sił :) W planach na następne dni wypad ,,na dziko,, w głąb parku.   Szlak od jeziora Laitaure wiedzie lasem do chatki Jagge a póżniej do potoku Jakkejagasj . Tutaj poniżej rozwalonego mostu rozbijam się na noc.
Tylko 13km , 565m przewyższenia w 5 godzin

 

Dzień dziesiąty Niedziela 2014.08.03  

Mając przed wyprawą trochę czasu na przygotowanie się (jako-tako:) w domu ,,pogmerałem,, w internecie i wyszło mi , że szlak z Abisko do Kvikkjokk pokonamy wcześniej i będzie jeszcze trochę czasu na ,,jakieś boczne wypady,, Wcześniej zaliczyłem obowiązkowo Kebnekaise i odbiłem na inne trzy górki. Teraz przyszła kolej na wędrówkę w głąb jednego z najdzikszych miejsc w Europie - do serca Sareks nationalpark. Ułożyłem sobie taką trasę na dziko (nie ma tam ścieżek) do masywu Bardde.      Dzień się zaczął ładnie. Wczoraj doprowadziłem się (jako-tako , hehe:) do porządku , odpocząłem i w miarę (ach te potoki:) się wyspałem , więc w drogę :) Najpierw wzdłuż potoku Jakkejagasj , na górkę Stuor-Dagar (1096m npm) następnie doliną Ijvvarlahko przez potok Jieggejahka na górę Vajggantjahkka (1307m npm) i dalej schodzę do doliny Gadokvagge i wzdłuż potoku Gadokjahka dochodzę do Renvaktarstuga. Jestem tam gdzie chciałem być , czyli w chatce Svenska Turistforeningen (taki ichni PTTK) Chata pięknie położona, niedaleko potoku , u podnóża góry Boarektjahkka. Niedaleko mijałem dwa rozbite namioty z turystami i myślałem , że ja też będę spał w moim małym domku, ale nie. Zajrzałem do środka , a tam żywego ducha:) No więc cóż mam poradzić na to , że inni bali się tam wejść (póżniej po drugiej stronie potoku rozbiła się z namiotami grupka pięcioosobowa i obserwowała mnie dosyć długo -następnym rankiem też) Zasady obowiązują takie , że pierwszeństwo mają członkowie  Svenska Turistforeningen ale gdy ich nie ma schronić/przenocować może każdy. Tyle wyczytałem przed wyprawą.      Cała chata moja , cztery łoża do spania , stół z krzesłami , kuchenka z garami i piecyk pośrodku . Po dziesięciu dniach włóczęgi cóż mi więcej trzeba :) Po wieczornej kolacji i toalecie udaję się na błogi odpoczynek...   18,8km , 939m przewyższenia i 7godz 15min - wszystko ,,na dziko,, ale nie było tak żle :)   Ps.   Trochę to trwało zanim ten dziesiąty dzień idzie do Was , ale ... Gdzie ja nie byłem i co ja nie robiłem ... Szczegóły wkrótce :)

Dzień jedynasty 2014.08.04  Poniedziałek      

Wreszcie potoki mi nie szumiały i ... W nocy nieżle lało i niestety przez kominek trochę wody do środka naleciało , a jak naleciało to i o blaszaną podłogę pod piecykiem dudniło ... Ot taki los , jak nie deszcz to rynna :) Ranek ponury , przestało padać dopiero koło dziesiątej. Około godz. 11 niedalekie dwa namioty się zwinęły i poszły w siną dal (dosłownie:) a goście vis-a-vis od rana mnie obserwowali i nic. Zaczęło się trochę przejaśniać więc i ja się zwinąłem (prawie o 12) i na lekko (ciężkie klamoty zostawiłem spakowane w chacie) rozpocząłem moją wędrówkę na szczyt Barddetjahkka (2005m npm), czyli cel mojego ,,wypadu,, Gdy odszedłem jakieś kilkaset metrów goście się też zwinęli i ... przyszli do chaty. Na odwagę im się ze3brało czy jak. Dzień jednak cały czas był ponury , chmury nijak nie chciały odejść i kłębiły się cały czas wokół szczytów. Po drodze trochę reniferów buszowało na zboczach :) Najpierw po trawie a póżniej już cały czas po kamsztorach wdrapałem się na szczyt Boarektjahkka (1805m npm) i jeszcze dalej około pięćset metrów granią i ... Niestety musiałem odpuścić. Widoczność momentami nie przekraczała dwudziestu metrów , coraz bardziej padało a na szczycie już zaczęło ostro wiać więc były trudności z poruszaniem się (wszędzie głazy i kamienie , raz mniejsze , raz większe). Miałem jeszcze do pokonania jakieś 4-5km do celu. Co prawda GPS świetnie mi pokazywał drogę ale nie było sensu dalej się pchać w taką pogodę. No trudno , może następnym razem (hmm , a będzie?) Zszedłem na dół prawie tą samą trasą. W chacie znowu żywego ducha , moje bagaże stały nienaruszone więc wszystko gra. Kolacja , toaleta i takie różne przemyślenia . A może tak jutro spróbować jeszcze raz , mam przecież w zapasie jeden dzień ... Nad szczytami pokazały się na niebie ... oczy, czuwają na de mną ?    Wieczorem miałem prawie gościa w chatce. Reniferek wpadłby na drzwi ale akurat wyglądałem i ja ... wpadłem na niego. Grzecznościowo się wycofaliśmy , on w stronę potoku do swojego stada a ja nura do środka po aparat. Jeszcze zdążyłem mu ,,tył,, pstryknąć.     No cóż , dzień jak to dzień , ten nie był zbyt przychylny dla mnie. Nie zrealizowałem planu , ach te widoki masywu Bardde... Można sobie popatrzeć w Internecie :) 
14,8km , 1358m przewyższenia , 6,5godz   Jutro też będzie dzień :)

 

Dzień dwunasty 2014.08.05. Wtorek  

Jeszcze tliła się nadzieja... W nocy wiało jak pieron , o mało chatki mi nie przestawiło :) Dobrze , że była zakotwiczona z czterech stron , swoją drogą ciekawe jakie tam muszą być zimy skoro są takie zabezpieczenia ? A jaki tam żywioł to widać po resztkach mostku nad niedużym potokiem (na fotce ) Noc jakoś zleciała , już się przyzwyczaiłem , że snu mam mało. Jak nie wszechobecne szumiące potoki to lanie lub wianie :)   Jeszcze tliła się nadzieja... Poranek rozwiał wszelkie moje nocne rozważania . Ciężkie chmury przewalały się po szczytach Bardde , gorzej to wyglądało niż wczoraj. Trudno , nie było sensu pchać się jeszcze raz do góry . Może jeszcze kiedyś tu zawitam , to wtedy ,,ja im pokażę !!!,, Spakowałem swój majdanek i w drogę powrotną postanowiłem iść jak najkrótszą trasą.    Renvaktarstuga - mokradła Vajgganjagasj (niech je...) - Suolanjunnje (1088m npm) - Ijvvarlahko - Stuor-Dagar (1096m npm) -    potok Jakkejagasj   Czyli dotarłem do mojego obozowiska z przed trzech dni. Chmury zostały nad górami a tu w międzyczasie zrobiła się piękna pogoda. Ponieważ szedłem na sagę więc i wpierniczyłem się w miejsca nieciekawe. W butach mokro , ale słoneczko pięknie grzało więc postanowiłem trochę wysuszyć co nie co. Plecak pod głowę , nogi w górę , a skarpety i buty do słońca. Niech robi swoje a ja ucinam komara , wszak snu nigdy dosyć :) Po godzince się przebudziłem , wszystko suche , ale ... czarno widzę . Przede mną ciemności , czarno jak ... Idzie burza . No cóż tu robić , skarpety i buty na nogi , naszykowałem się jak mogłem , majdan na plecy i w drogę. Jak zwykle w takich przypadkach niebiosa mi nie darowały i tak przez dwie godziny...    Potok Jakkejagasj - chata Partestugan - jezioro Sjabttjakjavrre - jezioro Stuor Dahta - potok Njahkajahka - rzeka Gamajahka - Kvikkjokk fjallstation   Umówiłem się z moimi kompanami , że tu gdzieś się spotkamy więc rozglądam się gdzie się tylko da , wypytuję w chacie Parte i nic. Do Kvikkjokk docieram przed godz 23 więc szybko rozbijam mój namiocik i poszukiwania zostawiam na następny dzień. Znowu pada :) Najdłuższy mój dystans więc należy się odpoczynek ... A tu rzeka Gamajahka wali po uszach jakbym spał w tunelu przy pędzącym po starych torach pendolino :)   42,5km , 1091m przewyższenia , 13godz 15min

 

Dzień trzynasty 2014.08.06. Środa   

Schronisko Kvikkjokk fjallstation znajduje się na niewysokiej skarpie , dosłownie dwadzieścia metrów od brzegu rzeki Gamajahka. Przy schronisku znajduje się małe pole namiotowe , tam też się rozbiłem z moim dobytkiem. Tam też (na rzece) znajdują się piękne kaskady ... Miałem kiedyś to szczęście , że byłem pod Niagara Falls . Uwierzcie mi , że tu odgłosy były podobne , spanie miałem z głowy :)   Gdy opuszczałem trzeciego dnia moich kompanów umówiliśmy się , że oni dojdą do Kebnekaise i póżniej ominą środkową część szlaku , i dalej dojadą ,i będą wędrować do Kvikkjokk , gdzie się spotkamy. Poprzedniego dnia ich wypatrywałem i nic. Raczej niemożliwe , żeby tak szybko doszli do Kvikkjokk , no ale wszystko jest możliwe :) Rano idąc na poranną toaletę udało mi się wejść (tylnymi otwartymi drzwiami:) do budynku schroniska i ... Po dwóch tygodniach wędrówki mogłem sobie wreszcie wygodnie siąść i ... zrobić swoje :) Wyczaiłem też prysznice w suterenie więc i z tego skorzystałem . Prawdziwa kąpiel w ciepłej wodzie , było wręcz bosko :) Rześki jak nikt udałem się na poszukiwania moich kumpli. Niestety złaziłem całą wioskę  , gdzie tylko były jakieś możliwości rozbicia się z namiotem i zero rezultatu. Może jeszcze wędrują i póżniej dotrą ? Zrobiłem sobie więc mały spacerek (8,5km , 282m przewyższenia) do chaty Snjierak ale nie doszedłem , zbliżała się burza więc udałem się z powrotem do mojej noclegowni :)  I tak zleciał mi ostatni , jako tako wędrowny dzień mojego pobytu w Laponii :)

Dzień czternasty 2014.08.07. Czwartek  

  Tylu baranów , co dzisiejszej nocy w życiu się nie naliczyłem :) Rano powtórzyłem manewr z dnia poprzedniego  , z tą różnicą , że wpakowałem się do schroniska głównym wejściem :) Jest tam taka zasada , że z węzłów sanitarnych mogą korzystać tylko nocujący w schronisku. Biwakowicze mają drewniane sławojki i mycie w czym się da , czyli jak zwykle potok lub jezioro :) No cóż , mogę wędrować w ,,pocie i znoju,, ale wygodny też jestem . Dlaczego nie skorzystać z daru ciepłej wody :)   Po śniadaniu udałem się na dalsze poszukiwania kompanów ale znowu nic . Spakowałem więc moje manele (po dwóch tygodniach wyrażnie zelżały:) i udałem się na przystanek. Prawie cały dzień zajęła mi podróż do Kiruny . Najpierw do Jokkmokk , małego miasteczka , centrum kultury Samów gdzie miałem półtoragodzinną przerwę. Póżniej do miasta Gallivare , po drodze spędzonej w towarzystwie ,,tranzytowego reniferka,, :) Tu było tylu turystów , że autobus zabrał tylko miejscowych . Ale w niespełna dziesięć minut podstawili drugi i już bez problemów dotarłem do Kiruny , czyli miasta skąd wyruszaliśmy na lapońską przygodę.   Na dworcu wreszcie udało mi się dodzwonić do Tomka , który niebawem mnie odebrał . Po wzajemnej radości ze spotkania niestety dowiedziałem się o dużych problemach zdrowotnych naszego Drogiego Przyjaciela... Koledzy spali w centrum miasta , w hostelu gdzie i ja przenocowałem , na waleta :)   Okazało się , że po Kebnekaise wędrowali dalej , za dużo czasu straciliby na przemieszczeniu się busami. Zrobili około 3/4 naszej trasy i z braku czasu na dalszą wędrówkę przyjechali do Kiruny. Mogłem ich wypatrywać w Kvikkjikk do pasterki :)   Przez ostatnie dni miałem jakieś tam przemyślenia . Tyle wspaniałych miejsc w Europie , nowych dla mnie , godnych odwiedzenia . Laponia jest piękna (zdjęcia to jest mały pikuś w porównaniu z rzeczywistością :) ale nie miałem zamiaru tu wracać . Nie miałem zamiaru wracać ... dopóki nie spotkałem znowu Tomka :) Ponieważ nie dane im było dotrzeć do przepięknej delty Rahpaadno (mój dzień ósmy) a kto jej nie widział ten ...nie był w Laponii więc Tomek zasiał już nowe emocjonujące ziarno - Rahpaadno (obowiązkowo - czemu nie :) i Padjelanta !!! Cholera , tam też jest pięknie (widziałem na Internecie)   
  Could it be continued !?!?:)

 

 Dzień piętnasty 14.08.05. Piątek    

  To już jest koniec, nie ma już nic, 
     Jesteśmy wolni, możemy iść.  
    To już jest koniec, możemy iść,    
  Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic. 
Tak efektownie śpiewają Elektryczne Gitary i tak właśnie nasza lapońska przygoda dobiegła końca :)  Rano z Tomkiem odbyliśmy małą przechadzkę po mieście . Kiruna - najbardziej na północ wysunięte miasto szwedzkie . Sławne z kopalń rudy żelaza , uznawanych za najrozleglejsze na świecie. Dla nas , Polaków znane też z okazji ślubu niejakiego imć Wiśniewskiego z Mandaryną :) Laponia żegna nas tak , jak i przywitała. Prawie bezchmurne niebo , słoneczko grzeje , cieplutko , jest bosko :) Lecimy z Kiruny do Sztokholmu i dalej do Warszawy . Tu jesteśmy w domu :)  Udało mi się zrealizować prawie cały mój plan wycieczki , pogoda w porównaniu do prognoz była niezła , wróciłem cały , o osiem kilo lżejszy :) Dobra dieta , co :)  W sumie przez trzynaście dni chodzenia wykręciłem około 315km , 13840m przewyższenia w 110godz Można było jeszcze trochę gdzieś połazić ale z różnych względów nie dane było. Czy tam wrócę ? Zamierzałem nie , ale ten kusiciel Tomek (pozdrawiam - bez Ciebie by mnie tam nie było!!!) znowu namieszał mi w głowie i kto wie? Jak to zwykle u mnie bywa , hmm , już coś opracowałem... :)   Pozdrawiam wszystkich , którzy wytrzymali ze mną tę wędrówkę i zapraszam na następne :) Te odbyte oczywiście , jeszcze zdjęć nie obejrzałem ale postaram się przed pasterką zdążyć i nacieszyć Wasze oczy :)   Staszek M

 

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

?>?>